Kategorie: Wszystkie | Film i TV | Literatura | Misc | Moje wyzwania | Muzyka | Życie
RSS
poniedziałek, 27 września 2010
"Słodka jak krew"
neomillnerAutor:  Petra Neomillner
język oryginału: czeski
Tytuł oryginału: Sladká jak krev
Cykl: Tina Salo, #1
Seria wydaw.: Obca Krew
Tłumaczenie: Magdalena Domaradzka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2009    
Ilość stron: 401


Z książkami o wampirach to jest tak, że są albo mniej lub bardziej dziwnymi horrorami o krwiożerczych potworach, albo powieściami dla nastolatek z obowiązkowym wątkiem miłosnym między dziewczyną i wampirem. Zdarzają się również twory Charlaine Harris czy Kerrelyn Sparks, ale te - według mnie - wpisują się w nurt harlekinowych powieści paranormalnych. Przyjemnością jest dorwanie w swoje ręce powieści o wampirach i innych stworach. Zwłaszcza kiedy akcja owej powieści osadzona jest w kraju sąsiadującym z nami, na przykład w Czechach.

Tina Salo to, wyglądająca jak 'podfruwajka' typu galeriowo-burackiego, niemłoda już wampirzyca. Spędza swoje dnie w Pradze racząc się ludzką krwią, niezobowiązującym seksem i narkotykami. Żyje w bliskiej komitywie z bardzo starym wampirem Timem, którego traktuje jak ojca. Ojciec, tak, to coś [raczej ktoś] zaprzątającego myśli Tiny. Dla niej, tak jak dla innych wampirów, nie jest to kwestia ojca biologicznego. Ważniejszy jest ojciec-stwórca, a tego Tina nie zna. Poznać by bardzo chciała, bo to zapewne on nie stworzył z niej wampira 'klasycznego' - Tina w odróżnieniu od innych swojan* nie jest wrażliwa na światło słoneczne, może się spokojnie przechadzać ulicami Pragi za dnia. Okazuje się, że taka 'zdolność' może się czasem do czegoś przydać.
Kiedy w mieście znajdują się zwłoki dwóch prostytutek ewidentnie zabitych przez krwiopijców, o czym informuje Salo Ber -  niedźwiedziołak-policjant o wyjątkowo przyjemnej powierzchowności  - czas zabawy jest skończony. Tina zostaje postawiona na baczność. Musi przeprowadzić własne śledztwo i dowiedzieć się, który ze swojan ma smycz i kaganiec poluźniony na tyle, by pozwalać sobie na zagryzanie praskich 'wszetecznic'. Do pomocy zostaje jej przydzielony Kay, niemiecki wampir-sadysta, najemnik i zdecydowany maminsynek. Jak rozwinie się dochodzenie nie śmiem zdradzić, jedyny spoiler na jaki sobie pozwolę to to, że poleje się maaaasa krwi, mnóstwo 'trupa' i generalna rozpierducha, w której swój udział będzie mieć złota czeska młodzież [solara i złote kiety, rozumiecie ;)].

Generalnie więcej plusów niż minusów.
Do minusów zaliczam wydanie Fabryki Słów - tradycyjnie duże marginesy przez co książka jest tak gruba. Poza tym, według mnie za długo ociągają się z wydaniem drugiego tomu serii - w Czechach wydano już 4 tomy! Polsko, nie śpij! Seria zapowiada się na tyle ciekawie, że chyba warto zainwestować. Dalej. Nie rozumiem co wydawnictwo miało na myśli kiedy skracało nazwisko autorki z Neomillnerová do Neomillner. Czy chcieli by brzmiało bardziej niemiecko? Te drobnostki nie wpływają na mój odbiór książki, jedynie wydawnictwo mi podpadło. To nie była pierwsza ich książka jaką czytałam, ale po raz pierwszy mnie lekko rozdrażnili ;-).

Teraz plusy. I tego powinno być więcej.
Fabryce Słów dostało się przed chwilą za ociąganie się z kolejnymi częściami, ale chwała im za to, że wydali chociaż ten pierwszy tom! Nic nie cieszy tak jak dobrze naoliwione urban fantasy.
Neomillner[ova] stworzyła niesamowicie barwne postaci w swojej książce. Owacje na stojąco należą się jej zwłaszcza za skontrastowanie wampirów z tym czym jesteśmy karmieni ostatnimi czasy [patrz pierwszy akapit]. Cudowna brutalnośc odarta z lukrowanej polewy. Jestem jednym z tych tygrysków, które to lubią najbardziej. **
Bardzo podobało mi się przedstawienie Pragi. Można było poczuć zapach Wełtawy i z przyjemnością zagłębić się w niekoniecznie tych najbardziej znanych uliczkach miasta.
Styl i język autorki sprawił, że książkę czytało się szybko i przyjemnie.
Książkę polecam, tak jako przyjemną odmianę ;).

Ocena: 5/6

* "Swojan" to słowo używane przez Neomillner[ovą] w odniesieniu do wampirów. Poszukiwania w sieci doprowadziły mnie tylko do zespołu pieśni i tańca "Swojanie" ;-).
** Nie chcę być źle zrozumiana, takie lukrowane też chętnie czytam, ale chyba tego trochę za dużo już jest.
niedziela, 26 września 2010
"Jestem Legendą"
losuj1Autor: Richard Matheson
język oryginału: angielski
Tytuł oryginału: I Am Legend
Cykl: ----
Seria wydaw.: ----
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2008    
Ilość stron: 224

Postapokaliptyczna wizja świata to nie nowość. Ten motyw pojawia się zarówno w literaturze, jak i filmie. Chyba nic więcej się nie da na ten temat wymyślić. Mimo tego chętnie sięgnęłam po książkę Mathesona. Zachęciła mnie do tego opinia ojca oraz to, że film miał 'iść' w telewizji. Ostatecznie filmu nie obejrzałam, ale to nic, robiłam w tym czasie coś o wiele ciekawszego.

Robert Neville to prawdopodobnie ostatni człowiek na Ziemi. Jako jedynemu udało mu się przeżyć nieuleczalną zarazę, w której stracił swoją żonę i córeczkę. Rzeczona zaraza zamieniła ludzi w nic innego niż krwiożercze potwory zwane czasem wampirami. Maszkary unikają światła słonecznego, źle reagują na zapach czosnku i giną przebite drewnianym kołkiem. Typowo wampirze. Zaraza wampiryzmu nie rozprzestrzeniła się jednak drogą mu typową - ukąszenia miały w tym zaledwie niewielki udział. Neville postanawia więc dowiedzieć się więcej, poznać zarazę i pomyśleć o możliwościach wytworzenia przeciwciał do ochrony przed wirusem. Łatwo nie jest, bo na każdą noc musi wrócić do swojego zabezpieczonego przed żądnymi krwi kreaturami domu. W pewnym momencie okazuje się jednak, że to co Neville uważał za normę dawno zniknęło.

Normalnośc wiąże się z większością. Standard z wieloma, nie jedną osobą.  *

Abstrahując od treści książki - przerażająco prawdziwe zdanie.

Generalnie nie przepadam za science-fiction jako gatunkiem literackim, na szczęście pan Matheson zaskoczył mnie pozytywnie. Oczywiście chwilami język wydawał mi się nieco archaiczny, ale cóż, książka po raz pierwszy została wydana w roku 1954-tym. Jednak spokojnie, nie jest to 'Beowulf', da się spokojnie czytać ;-). Mniejsza, fajne sci-fi, jak dla mnie - będę totalną babą - przydałoby się rozwinąć trochę wątek miłosny, ale i bez tego książka się broni.
Dobra książka, na jedno popołudnie, na jeden raz.
Podobno film różnił się od książki bardzo, na korzyść książki ;-).

Ocena: 4,5/6

* str. 223
sobota, 25 września 2010
"Gdybyś mnie teraz zobaczył"
ahernAutor: Cecelia Ahern
język oryginału: angielski
Tytuł oryginału: If you could see me now
Cykl: ----
Seria wydaw.: ----
Tłumaczenie: Joanna Grabarek
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2008    
Ilość stron: 350

Umówmy się, będąc dorosłym zdarza się człowiekowi zapomnieć o tym jak cudownie jest być dzieckiem. Biegać na dworze, krzyczeć, śmiać się i mieć wyimaginowanych przyjaciół. Chociaż przyznam się bez bicia, zdarza mi się nadal zachowywać jak dziecko. I to nie tylko w towarzystwie. Ubiegłej zimy tyle śniegu napadało, że z radością walnęłam się i zrobiłam orła [aka. aniołka]. Owszem, zmokło mi przy tym dupsko okrutnie, ale się "uhahałam". Niestety, wyimaginowanego przyjaciela nie miałam nigdy.

Elizabeth to trzydziestoczteroletnia BARDZO zorganizowana kobieta. Ma własną firmę zajmującą się dekoracją wnętrz, firmę mającą na koncie wiele sukcesów. Jej życie osobiste wręcz nie istnieje. Poza pracą zajmuje się swoim siostrzeńcem, sześcioletnim Lukiem. A jedynym jej źródłem problemów jest jej nieobliczalna, wolna jak ptak siostra, Saoirse.

Pewnego dnia zachowanie Luke'a zaczyna niepokoić Elizabeth. Wyimaginowany przyjaciel chłopca denerwuje ją na tyle, że wyszukuje w internecie informacje na temat tego 'zjawiska' - okazuje się, że to nic niebezpiecznego i że dziecko przejdzie przez tę fazę w ciągu około 3 miesięcy. Wszystko cacy. Ale co jeśli to dorosła osoba zacznie mieć wymyślonego przyjaciela? A co jeśli owy przyjaciel jest z Kejab Ainark [czytać od tyłu] i tak naprawdę nie jest wymyślony tylko niewidzialny? I co jeśli takiego przyjaciela tak na prawdę nie powinni widzieć dorośli?

Z Cecelią Ahern spotkałam się po raz pierwszy przy okazji "P.S. Kocham Cię" - książka podobała mi się, ale bez szaleństwa. "Gdybyś..." podobała mi się zdecydowanie bardziej. Lekko napisana, łapiąca za serce. Kilka razy utożsamiłam się nawet z bohaterką. Osadzenie akcji w - co prawda tutaj fikcjonalnym, ale bardzo bliskim prawdziwemu - irlandzkim miasteczku Baile na gCroithe to kolejny plus. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, czytając tę książkę czułam na twarzy tę otaczającą miasteczko zieleń. I Jinny Joe!
Minus dla wydawnictwa - tytuł powinien raczej brzmieć "Gdybyś mnie teraz zobaczyła". Na szczęście nie wpływa to na moją ocenę tej pozycji :).

Ocena: 5/6
poniedziałek, 20 września 2010
Się tłumaczę...
To nie to, że nie chce mi się pisać na blogu, ani że nie mam na to czasu. Ale jeśli już mam czas, jedyną rzeczą, o której marzę jest sen. Ale coś napisać muszę.

Wakacje.
Wizyta brata z rodziną. I nagle przekonałam się, że nie ma nic potężniejszego nad miłość do dziecka. Można kochać rodziców, rodzeństwo, partnera, ale dziecko to zupełnie inna para kaloszy. Od momentu wyjazdu brata nie ma dnia, żebym nie wspominała Oliwki. 6-letnia, licząca [dodawanie i odejmowanie] powyżej 100, czytająca płynnie po polsku i mówiąca cudownie po angielsku - profity z chodzenia do brytyjskiej szkoły i posiadania rodziców, którzy upewniają się, że mała zna polski. Cudownie! Koleżanki już żartują ze mnie, że powinnam sobie taką sprawić. Jedynym problemem jest to, że dziecko nie wyskoczy ze mnie jako sześciolatek ;-).



Wakacje były również czasem praktych zawodowych w mediach. Obskoczyłam radio i gazetę. I przekonałam się, że jeśli byłoby mi dane pracować w mediach, to wybrałabym gazetę. Pani redaktor - kierowniczka oddziału - zaproponowała mi nawet pozycję redaktora współpracującego, ale by móc z tego skorzystać musiałabym zamieszkać i znaleźć stałą pracę w Żninie, a tego zrobić nie dam rady. Nie mniej, ocena bardzo dobra mnie zadowala.



Zupełnie serio - jak wakacje się kończyły byłam przekonana, że to koniec świata! Uwierzcie mi, myślałam, że z początkiem roku szkolnego zawali się mój świat. Okazuje się, że nic takiego nie miało miejsca. Za to mam teraz dwie prace - w sumie półtora etatu. Pełen etat w mojej podstawówce i pół w innym zespole szkół. Oczywiście finansowo odczuwam różnicę, mój organizm odczuwa też dłuższe godziny pracy. Postanowiłam zacząć w tym roku robić awans zawodowy [w końcu!], muszę więc szybciutko napisać plan rozwojowy.



Skutkuje to wszystko mniejszą ochotą na czytanie. Mniejszą ilością czasu na cokolwiek. I masakryczną grypą, która nie miała dla mnie litości.


Popieram Internet Bez Chamstwa Lubię czytać