Kategorie: Wszystkie | Film i TV | Literatura | Misc | Moje wyzwania | Muzyka | Życie
RSS
czwartek, 28 października 2010
"Lodowaty grób"

harrisAutor:  Charlaine Harris
język oryginału: angielski
Tytuł oryginału: An Ice Cold Grave
Cykl: Harper Connelly, #3
Seria wydaw.: Obca Krew
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 318


Bo to jest tak - czasami muszę szybko napisa
ć o książce, którą dopiero co skończyłam czytać. I nie ważne, że po drodze były inne książki, po prostu muszę się na bieżąco podzielić wrażeniami.

"Lodowaty grób" to trzeci [i wbrew napisowi na okładce, nie ostatni] tom serii Charlaine Harris o Harper Connelly. Ci, którzy czytali dwie pierwsze części wiedzą, że Harper to dosyć ciekawa osoba. W wieku 15 lat poraził ją piorun. Wtedy to posiadła pewien niezwykły dar - potrafi odnaleźć zwłoki i podac przyczynę zgonu. Potrzebuje do tego niewiele - poza sobą samą i względnym spokojem nie potrzebuje nic. Zdarzają się jej ekstrawagancje typu chodzenie po grobie na bosaka, ale cóż, jest medium, a myśląc stereotypowo - tacy ludzie zazwyczaj się dziwnie zachowują. Harper ma zawsze u swego boku brata-niebrata. Nie są biologicznie spokrewnieni, ale razem się wychowali i przeszli przez piekło dzieciństwa.
Tym razem 'dynamiczny duet' wezwany jest do małego miasteczka Doraville w Karolinie Północnej gdzie odnaleźć ma ciało Jeffa, wnuka pewnej bardzo przyjemnej starszej pani. Jak zawsze, spotykają się z pewnym krytycznym dystansem ze strony miejscowych, ale przyzwyczajeni, specjalnie się tym nie przejmują. Harper za to bardzo szybko odnajduje zakopane ciało chłopaka... razem z kilkoma innymi ciałami. Okazuje się, że wszystkie zwłoki to ciała zaginionych na przestrzeni kilku ostatnich lat nastoletnich chłopców. Wcześniej nikt tych spraw nie powiązał, za poprawne przyjęto myślenie, że chłopcy popełnili samobójstwo lub bez słowa wyjechali. Sprawa łatwa i przyjemna nie jest. Do tego ktoś atakuje Harper poważnie ją raniąc - pęknięta kość [okolice łokcia] i wstrząśnienie mózgu, które będą się jej dawać we znaki do końca pobytu w Północnej Karolnie. Po drodze wyjdzie na jaw sporo skrzętnie ukrywanego zła czającego się w Doraville.

Charlaine Harris ma to do siebie, że pisze lekko. Czyta się to szybko, łatwo i generalnie przyjemnie. Nie znaczy to, że nie mam tej książce nic do zarzucenia.
Do tej pory seria o Harper Connelly wydawała mi się czymś wyjątkowym. Z 'tworów' pani Harris czytałam poza Connelly co nieco z serii o Sookie Stackhouse, która to seria kompletnie mi nie odpowiada [pewnie to, że tak bardzo lubię 'True Blood' ma tutaj coś do czynienia]. I nagle do serii o Harper przeniosły się pewne Stackhousowe atrakcje - średnio dobrze kontaktująca główna bohaterka [chwilami] oraz opisy stosunków płciowych. Trochę mnie to w czasie czytania zirytowało, bo gdybym chciała poczytać jakiegoś paranormalnego harlekina to sięgnęłabym po coś z serii Love at Stake Kerrelyn Sparks. Tutaj miało być inaczej: akcja, napięcie, strach, etc.
Wielki plus dla autorki - żeby nie było, że tylko besztam - za nieprzewidywalne zakończenie. Trochę byłam zawiedziona, że mój typ nie wypalił, ale to tylko przez moment. Generalnie lubię i cieszę się gdy autor nie kieruje się stereotypami i potrafi zaskoczyć czytelnika.
I teraz minusy dla Fabryki Słów, są "tylko" trzy. 1 - okładka tego tomu ma się nijak do poprzednich dwóch. Nie znoszę kiedy FS to robi! Jeśli ktoś ma na półce książki z poprzedniego wydania może się zirytowac tym, że kolejny nie pasuje. 2. minus za wprowadzanie czytelnika w błąd. FS pisze "trzytomowa seria", a w USA już w 2009 wyszedł tom czwarty. Chyba coś tutaj 'nie halo'. Po 3-cie, wydawnictwo chyba bardzo chciało zaoszczędzić na korekcie. W głowie się nie mieści jakie cuda można w tej książce znaleźć! Czasami zdanie ewidentnie odstaje pod względem logicznym, np. jest 'a' a jak byk powinno być 'ale', albo nie ma 'nie' a powinno być. Zdarzyło mi się po kilka razy czytać całe akapity, bo myślałam, że to ja jestem na tyle zakręcona/zmęczona/nienormalna, że źle widzę. Ale nie, są błędy. O błędach fleksyjnych nie będę wspominać, bo się jeszcze bardziej podkręcę.

Podsumowując. Książka dobra. Warto przeczytać, a na Fabrykę Słów baczniejszą uwagę zwracać.

Ocena: 4,5/6

wtorek, 19 października 2010
"We are born" Sia

Jest pewnien gatunek muzyczny, który ostatnimi czasy sobie ukochałam. Nie ma na to jednego określenia, więc na własne potrzeby stworzyłam termin electro indie. W takim klimacie utrzymana jest płyta, której nie mogę się ostatnio nasłuchać [co prawda wikipedia określa to jako dance-pop, ale wiadomo jak to z wiki jest ;-)].

sia

Australijska piosenkarka Sia Furler w czerwcu 2010 wydała swój czwarty studyjny album We are born. Jest to album dosyć znacząco różniący się od jej poprzednich dokonań. Nie zrozumcie mnie źle, ja Się lubię bardzo, ale wcześniej kojarzyła mi się z strasznie dołującymi piosenkami zaśpiewanymi w ten jej specyficzny sposób.
We are born przesłuchałam po raz pierwszy zaraz po ukazaniu się albumu. I kompletnie mnie to nie ruszyło. Może miałam wtedy jakiś dziwny nastrój, dół czy cuś. Zapomniałam o płycie i dopiero w zeszłym tygodniu jakoś mnie ruszyło.

sia2

Zaczęło się od tego, że na przerwie w pracy nuciłam pod nosem jakąś melodię, której nie umiałam przypiąć do niczego. Pamiętałam, że to chyba Sia i coś z jej ostatniego albumu. Zapodałam sobie więc We are born - po kilku dniach dopiero - i okazało się, że to jest TO!* Teraz jest czas na takie fajne electro utworki, do których chce się tańczyć, śpiewać, szaleć. Od nieco ponad tygodnia Sia rządzi na moim mp3 plejerze. I jeszcze trochę porządzi.

we are born

* Namiętnie podśpiewywaną piosenką była i jest "Bring Night".


niedziela, 17 października 2010
"Ostatni raz"
ostatni razAutor: Anna Gavalda
język oryginału: francuski
Tytuł oryginału:  L'Echappée belle
Cykl: -----
Seria wydaw.: ----
Tłumaczenie: Magdalena Krzyżosiak
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 120
Rok wydania: 2010
Rok pierwszego wydania: 2001


"Ostatni raz" to ciepła historia jednego dnia z życia pewnego rodzeństwa. Garrance, Simon, Lola i Vincent mieli spotkać się na ślubie kuzyna. Tylko troje z nich dotarło na miejsce. Zaniepokojone nieobecnością Vincenta rodzeństwo, postanawia go odwiedzić - zamiast zaszczycić weselników swoim towarzystwem. Jadą więc, pozostawiając Corine, żonę Simona, i rodziców bez słowa wyjaśnienia. A gdy docierają do młodszego z braci nie mogą wyjść ze zdziwienia. Vincent bowiem zaczął zarabiać na siebie, lokatora należącego do starej ciotki zameczku, oprowadzając po owym zamku turystów, opowiadając przy tym niesamowicie ciekawe zmyślone historie. Rodzeństwo, spotykając się w pełnym składzie po raz pierwszy od jakiegoś już czasu, postanawia spędzić razem cały dzień, z dala od trosk życia codziennego. Ciesząc się więc tym dniem, spędzają go jak za dawnych, dziecięcych lat. Kąpią się w pobliżu ogrodu [nago!], bawią, śpiewają, pracują w ogródku, przygarniają psa, piszą list do ojca, którego od 1968 nie widzieli na oczy. Wszyscy przez cały czas jednak czują, że to jest ostatni raz. Ostatni taki dzień kiedy mogą znowu być dziećmi, więcej takiego nie będzie. Przychodzi moment pożegnania i Vincent ofiarowuje młodszej z sióstr własnoręcznie złożoną składankę, której rodzeństwo słuchać będzie w drodze do domu. Składankę, która kończy się "Hallelujah" w wykonaniu Jeffa Buckleya [czyli jak dla mnie - wyciskaczem łez].

Do tej pory czytałam dwie książki Gavaldy i obie podobały mi się. Pisarka ma bardzo miły dla oka i ducha styl, nie sili się na zdania wielokrotnie złożone, których zrozumienie dla przeciętnego czytelnika łatwe nie jest.
Po skończonej lekturze, z wyobrażeniem Buckleya wylewającego się z głośników, zalałam się łzami. Raz - piosenka, dwa - żal, że nie dane mi jest posiadanie tak licznego i kochanego rodzeństwa, trzy  - zastanawianie się co będzie dalej z bohaterami, zwłaszcza z będącą narratorką Garrance i przygarniętym pieskiem Mamzwidkiem. Nie mogę teraz zwalić swojej reakcji na szalejące w organizmie hormony, a szkoda, bo po prostu nie rozumiem jak to możliwe, by te trzy sprawy aż tak mnie poruszyły.
Ocena jest jaka jest, głównie dlatego, że za szybko się książka skończyła i... rzeczona Garrance chwilami za dużo rozmyślała.


Ocena: 4,5/6
sobota, 16 października 2010
"Mowa ciała zdradzi więcej niż tysiąc słów"
mowaAutor: Erhard Thiel
język oryginału: niemiecki
Tytuł oryginału: Die Körpersprache verrät mehr als tausend Worte
Cykl: -----
Seria wydaw.: ----
Tłumaczenie: Wiesława Moniak
Wydawnictwo: Luna
Rok wydania: 1992
Ilość stron: 150

(zdjęcie okładki innego wydania, nie mogłam znaleźć tej z 1992)

O komunikacji niewerbalnej dowiedziałam się więcej kilka lat temu na zajęciach z lingwistyki u nijakiego pana Sławomira M., jeszcze na poprzednich studiach. Jakoś nie potraktowałam tematu poważnie, bo znajome, które na ten temat robiły projekt wykorzystały zdjęcia z naszych imprez, czyli wiadomo - dużo śmiechu, mało uwagi się poświęciło słuchaniu tego co mówiły. O temacie zapomniałam i pewnie pozostałby w jakiejś odległej mi rzeczywistości gdyby nie zajęcia z psycholingwistyki z prof. Grażyną S. Zainteresowałam się tematem na tyle, że zaczęłam przyglądać się ludziom w moim otoczeniu. Doszłam do wniosku, że wiem na ten temat za mało, więc jak tylko się dało - sięgnęłam po pozycję dotyczącą mowy ciała.

Zaskakująco, nie dowiedziałam się zbyt wiele. To, że tylko 7% jest nam przekazywane dosłownie, 38% wnioskujemy a 55% przekazujemy niewerbalnie, już wiedziałam. Co znaczą skierowane w daną stronę stopy, odpowiednio ułożone ramiona, pochylenie - to już wiedziałam. Czy dowiedziałam się czegoś nowego? W sumie tak. Dowiedziałam się co mogą oznaczać różne sposoby trzymania papierosa czy filiżanki z kawą. Co znaczy zajmowane przez nas w pracy miejsce. I to chyba tyle. Wielkim minusem tej krótkiej książki niemieckiego autora jest odniesienie mowy ciała do pracy w biurze, biurowych parties, etc. Jakoś mnie to zniechęcało. Poza tym, nie okłamujmy się, książkę w Polsce po raz pierwszy wydano w 1992 roku, a w Niemczech w 1986, może się więc wydawać nieco przedawniona. Jest szansa, że w ciągu tych 24 lat kolejne badania nad komunikacją niewerbalną zostały przeprowadzone i coś więcej można by dorzucić.
Generalnie nieźle, ale bez szału. Na pewno przeczytam coś więcej z tej dziedziny :-).

Ocena: 3,5/6
czwartek, 14 października 2010
"Blask księżyca"
neoAutor: Rachel Hawthorne
język oryginału: angielski
Tytuł oryginału: Moonlight
Cykl: Strażnik Nocy, #1
Seria wydaw.: ----
Tłumaczenie: Alicja Marcinkowska
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2010    
Ilość stron: 280

Jako kilkuletnie dziecko Kayla straciła rodziców. Zastrzelił ich polujący w lesie myśliwy, który po fakcie upierał się, że ludzi nie widział, były tylko wilki. Wszystko co Kayla pamięta z tamtego dnia to dobiegające jej uszu wycie wilków i jaskinię, do której zdążyła ją wepchnąć mama. Po latach już jako nastolatka Kayla wróciła do tego miejsca, ale nie czuła się jeszcze na siłach by odwiedzić miejsce śmierci rodziców. Zamiast tego zaprzyjaźniła się z miejscową dziewczyną. Udało się jej utrzymywać z nią kontakt przez cały rok.
Dziewczyny postanawiają spędzić razem kolejne wakacje, jako przewodniczki po lesie. Razem z stojącym na czele ekipy Lucasem i 'szalonym' naukowcem wybierają się do lasu. A naukowiec i jego ekipa chcą w lesie badać wilki, ich zwyczaje i zachowania. Przy okazji przyznają się, że są przekonani o istnieniu w tym regionie wilkołaków. Co więcej - podejrzewają nawet Lucasa o tym, że jest jednym ze zmiennokształtnych. Ale czy jest naprawdę? Jak ma się to do Kayli?

Mówiąc krótko, cały czas miałam wrażenie, że już gdzieś to czytałam, że książka to jedna wielka 'zgapa' z pani Meyer i jej zmierzchowej serii. Z tą tylko różnicą, że tutaj nie ma wampirów. Co może i zrobiło tej książce dobrze.
Czytało się lekko, przyjemnie i do tego bardzo szybko. Ale czy było warto? Sama nie wiem. Mam mieszane uczucia na ten temat. Nie umiem się w sobie zebrać, żeby jakoś porządnie ocenić tę pozycję. Sprowadzenie wszystkiego do stwierdzenia, że to książka dla gimnazjalistek wydaje mi się niedomówieniem. Z drugiej strony, przeczytałam to z przyjemnością. Nie, wcale to źle o mnie nie świadczy. Byłoby źle gdybym się tym zachwyciła. Jeśli kiedyś wpadną mi w ręce kolejne części to chętnie przeczytam, niestety, nie będę wydawać pieniędzy na zapychacza półek, który nic nie wnosi. Na minus książki działa też jej KOMPLETNA przewidywalność. Na plus, styl autorki i dobre tłumaczenie oraz sposób wydania i okładka.
Ocena finalna jest wypadkową wszystkiego co dobre i złe w tej wessanej w niecałe trzy godziny książce. Polecam tym, którzy nie mają nic innego pod ręką.

Ocena: 4/6
 
1 , 2


Popieram Internet Bez Chamstwa Lubię czytać