Kategorie: Wszystkie | Film i TV | Literatura | Misc | Moje wyzwania | Muzyka | Życie
RSS
wtorek, 12 kwietnia 2011
"Księga nowej drogi"

Autor: Joann Davis
język oryginału: angielski
Tytuł oryginału: The Book of the Shepherd
Cykl: ------
Seria wydaw.: -----
Tłumaczenie: Anna Maria Nowak
Wydawnictwo: Prószński i S-ka
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 172


Nie wiem jak to się stało, ale dałam się omamić, straciłam kontrolę nad umysłem i skusiłam się na książkę. Przyciągała mnie głównie okładka oraz któraś z wersji streszczenia treści, która wydała mi się aż nader ciekawa. Zamówiłam książkę i jak tylko wzięłam ją do ręki poczułam, że zamiast iskrzyć, miedzy nami zgrzyta. Poczułam to, bo na okładce przeczytałam nieco rozmaślaniony komentarz na temat książki, komentarz nikogo innego jak mistrza pisania frazesami i lania wody, Paulo Coelho. Później coś mnie tknęło (tylko czemu tak późno?!) i zerknęłam na tytuł oryginalny. I od tego momentu właściwie mogłam darować sobie czytanie książki, bo w końcu umiem dodać dwa do dwóch bez wdawania się w szczegóły. Ale oczywiście nie, skoro kupiłam i miałam jakąś opinię o książcę przed czytaniem to musiałam to jednak skonfrontować z tym co będzie po. Przeczytałam więc. Czytanie zajęło mi, bez przesady, około 90 minut - akurat droga z pracy do domu.

Głównym bohaterem książki jest pasterz, który na swojej drodze spotyka chłopca, byłą służącą i kilka innych ciekawych indywiduów. Każda ze spotkanych postaci przekaże nam swoją historię, która oczywiście porusza i ukazuje, że najważniejsze to widzieć dobre strony i generalnie wierzyć w dobro. Podróżujący ku nowej drodze pasterz razem ze swoją świtą docierają w końcu do groty, w której ukryta jest modlitwa mająca wskazać ową nową drogę właśnie. Nie bez problemów, pasterzowi udaje się zdobyć modlitwę, co zmienia życie jego i jego bliskich.

Ekhm, no tak. Typowa przypowiastka dla poszukujących cholera wie czego. Być może fani Coelho będą ukontentowani, ale ja jego fanką nie byłam, nie jestem i nie będę, a 'Księgę nowej drogi' czym prędzej wymażę z mojej czytelniczej pamięci.
Ocena: 1,5/6

Książki nie otrzymałam od żadnego wydawnictwa. ]:->

niedziela, 30 stycznia 2011
"Czarownice z Salem"

Autor: Arthur Miller
język oryginału: angielski
Tytuł oryginału: The Crucible
Cykl: ------
Seria wydaw.: -----
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 288


Zaczęłam zastanawiać się ostatnio, w jakich okolicznościach po raz pierwszy w życiu usłyszałam słowo 'Salem'. Wniosek, jaki udało mi się wysnuć zamiast zaniepokoić wywołał u mnie nie mały uśmiech. Pierwszym skojarzeniem był czarny kot nastoletniej czarownicy Sabriny z emitowanego niegdyś na Polsacie serialu. Później przypomniało mi się, że chyba był jakiś film o czarownicach z Salem, ale byłam wtedy za młoda, żeby ogarnąć tę historię umysłem. Dalej przyszły już bliższe mi [w sensie 'datowo'] skojarzenia - "Czarownice z Salem Falls" Jodi Picoult i, całkiem niedawno, wzmianka o czarownicach z Salem w pewnym serialu o wampirach (duh!). O tym, że w Salem miało miejsce poszukiwanie i skazywanie czarownic, wiedziałam, nie miałam za to pojęcia o niczym więcej. Po dramat Millera chciałam sięgnąć od momentu ukazania się w Polsce poszerzonego wydania książki,  jak nadarzyła się więc okazja - czym prędzej z niej skorzystałam.

W każdym razie.
Rzecz dzieje się w 1692 roku w Prowincji Massachusetts Bay. To w tym miejscu odbyły się pewne straszne wydarzenia, które ostatecznie doprowadziły do polowania na czarownice i, eventually, skazania i wykonania wyroku na wielu niewinnych osobach. Miejscowe dziewczęta, podobno pod wodzą Tituby - niewolnicy miejscowego kaznodzieji - oddawały się nocą dziwnym, okultystycznym czynnościom (w tym tańczeniu nago w lesie). Doprowadziło to do strasznego stanu jednej z dziewcząt, Betty, córki kaznodziei. I powoli zaczyna się oskarżanie każdego o konszachty z samym diabłem, o bycie czarownicą, czarownikiem(!), a jedyną osobą
umiejącą obrócić wszystko na swoją korzyść jest Abigail Williams, która sprytnie manipulując otoczeniem, wszelkie podejrzenie z własnej osoby przerzuca na innych. Pardon, dla mnie sucz, a inni nieco nieogarnięci, skoro dali się wciągnąć w jej grę. Najwięcej szacunku mam do bohatera, który był na wyjątkowo długim minusie u Abigail - chciał przyznać się nawet oficjalnie do czynów nierządnych, których się z nią dopuścił, byle pozostać w zgodzie z sobą, w zgodzie z prawdą. Proctor chyba jako jedyny poznał się na tej wyjątkowo paskudnej dziewczynie, i chyba jako jedyny nie dał się tak łatwo wciągnąć w jej manipulacje. Niestety, jemu też nie udaje się ujść z tego polowania na czarownice z życiem.

Tym właśnie dla mnie ta historia jest - opowieścią o tym, jak jedna wybitnie charyzmatyczna osoba jest w stanie zamanipulować sporą grupą niezbyt ogarniętych osób. Przyjęłam sobie za punkt honoru nie podchodzić do tej książki jako do alegorycznej odpowiedzi na makkartyzm w USA, no po prostu nie i koniec. W końcu chciałam przeczytac tę książkę głównie po to, by w końcu miec jako takie pojęcie o 'sławnych' czarownicach z Salem, a filmu bez czytania pierwowzoru obejrzeć po prostu nie mogłam.
Żałuję, że nie było nam dane omawiać tej pozycji na zajęciach z literatury amerykańskiej, ale cóż, pan DR najwyraźniej za dramatem jako rodzajem literackim jako takim, nie przepadał, bo tylko Tennessee Williamsa 'przerobiliśmy', nic więcej ;-).
Polecam na kilku godzinną lekturę, która mimo wszystko wnosi i wyjaśnia mniej niż oczekiwałam.

Ocena: 4/6

sobota, 29 stycznia 2011
"Gdzie jest głowa Emily Kaye?"

Autor: Manula Kalicka
język oryginału: polski
Tytuł oryginału:
Cykl: ------
Seria wydaw.: -----
Tłumaczenie: -----
Wydawnictwo: Nowy Świat
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 154


Jestem wielbicielką thrillerów, kryminałów i innych sensacji. Zarówno w literaturze jak i w filmie lubię historie o (seryjnych) mordercach. Jest to niestety sympatia nieodwzajemniona, bo jak tylko w nocy słyszę jakieś dziwne dźwięki dobywające się z mieszkania sąsiadów (a to dzieje zaskakująco często), umysł podsuwa mi wizje co najmniej straszne. W każdym razie, przeczytane i obejrzane historie nigdy nie dają mi wystarczającej ilości emocji i sięgam po kolejne.

Z Manulą Kalicką miałam przyjemnoś
ć raz - czytając "Wirtualne zauroczenie". Książka ta była zaiste cudowna, wspaniała i porywająca. Oceniłam ją na 2,5 i 'wydałam' na podaju (skąd sama tę książkę miałam). Podobnych emocji oczekiwałam tutaj i co mnie zaskoczyło - Kalicka nie zasługuje na ocenienie na podstawie tylko jednej pozycji. Po "Wirtualnym..." obiecałam sobie, że już nic tej pani nie przeczytam, ale na bibliotecznej półce tak mnie ten tytuł zaintrygował, że nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po "Gdzie jest głowa...?".

"Gdzie jest głowa Emily Kaye?" to zbiór kilkunastu prawie zupełnie odartych z dialogów opowiadań. Opowiadań przedstawiających historie morderstw w szeroko pojętych sferach wyższych. Tytułowe opowiadanie jest nieco drastyczne - mężczyzna zaniepokojony stanem (CIĄŻA!) swojej kochanki nie umiejąc sobie inaczej poradzić, poćwiartował kobietę siekierą a później pozyskane w ten sposób kawałki ugotował w celu pozbycia się "mięsa" osiadającego kości. Mniam!
Jest opowiadanie o pannie, która siekierą poćwiartowała swoich rodziców, o małżeństwie tak pragnącym spadku, że próbowali otruć członka rodziny własnoręcznie stworzoną trucizną z tytoniu, o filmowcu, którego zapędy seksualne prawie doprowadziły młodą dziewczynę do zgonu. I jeszcze innie równie barwne i ciekawe.

Z ciekawości wygooglałam jedno nazwisko (tego seksualnie rozpędzonego filmowca) i okazało się, że taki pan istniał naprawdę. I naprawdę uwikłany był w jakiś skandal erotyczny. Nie zadałam sobie jednak trudu odnalezienia na ten temat szczegółów. W każdym razie, zastanawiam się czy poza tym jednym opowiadaniem pozostałe też były chociaż w jakiejś części oparte na prawdziwej historii? Przyznam się szczerze, że dzięki temu, książkę czytało mi się z dodatkowym dreszczykiem. Bo to coś innego czytać kolejny kryminał, a co innego mieć świadomość, że ktoś kogoś faktycznie capnął w taki czy inny sposób.
Samo pisanie autorki zasługuje na szóstkę. Historie opowiedziane są prawie jak przez reportera, prawie, bo czasami Kalicka w najmniej oczekiwanym momencie zaskakiwała zabawnymi komentarzami, czy choćby taką składnią, która wywołała nie lada uśmiech na moim obliczu.
Polecam.

Ocena: 5/6

niedziela, 23 stycznia 2011
"Angel - dziecko ulicy"

Autor: Marliese Arold
język oryginału: niemiecki
Tytuł oryginału: Angel. Die Geschichte eines Straßenkids
Cykl: ------
Seria wydaw.: Graffiti
Tłumaczenie: Eliza Modzelewska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 208


Ciężko być nastolatką, as a general rule. A jeszcze kiedy rozwodzą się rodzice i matka zaczyna spożywać więcej alkoholu niż przewiduje ustawa, jest jeszcze ciężej. Nie każdy umie sobie z tym poradzić. Niektórzy zamykają się w sobie, znajdują sobie szeroko pojęte złe towarzystwo, a jeszcze inni - uciekają z domu zmęczeni wiecznymi awanturami z pijaną rodzicielką. Jak Svenja, bohaterka książki Marliese Arold.
Nie mogąc sobie poradzić z sytuacją w domu wyjeżdża po kryjomu do mieszkającego w innym mieście ojca, co udaje jej się tylko dzięki kierowcy, który wziął ją jako autostopowiczkę. Do ojca dociera, a tam szok! Ojciec mieszka z jakąś kobietą, to dlatego się nie interesuje Svenją, to dlatego ona musi się męczyć z matką. Dziewczyna nie stara się nawet kryć niechęci zarówno do ojca, jak i jego nowej partnerki.
Ucieka więc, trafia na ulicę gdzie dołącza do ekipy Wilczycy

Nie umiem sensownie napisać o tej książce, bo szczerze mówiąc - fabuła nie odkrywa nic specjalnego. Kradzieże, żebranie i poszukiwanie nowego lokum - można się samemu domyśleć, że życie bezdomnych kręci się wokół tego. Wśród bezdomnych dzieci, różne powody do wyboru ulicy jako nowego miejsca zamieszkania - molestowanie, rodzice chcący wydać za mąż, narkotyki. Też można się tego domyśleć. Czemu więc, wbrew pozorom, podobała mi się ta książka? Bo pomimo wolno rozkręcającej się i nieporywającej akcji, postaci były dobrze wykreowane, ich zachowanie w pełni zrozumiałe, kiedy już dowiedziałam się dlaczego dana osoba jest 'na ulicy'. Nawet jeśli nie jestem w stanie ogarnąć umysłem wyboru życia na ulicy, współczułam dzieciakom, więcej - zbliżałam się do rozumienia motywów ich postępowania. Sama nigdy nie znalazłam się w tak ciemnym momencie mojego nastoletniego życia, żeby porwać się na taki krok. Nie twierdzę, że nie przemknęło mi coś takiego przez myśl, bo chyba każdy nastolatek w jakimś momencie fazy buntu rozważa ucieczkę z domu a niektórzy nawet się tego podejmują, nie bardzo rozumiejąc, że ulica to nie jest "łatwe miejsce" i ulga, że nie jest się tam, gdzie się wcześniej było, minie szybko i zacznie się niewesołe życie, niewiele mające wspólnego z wolnością.
Wydanie Świata Książki, prawie jak zawsze, rewelacja - nie rzuciły mi się w oczy żadne wyraźne błędy. Trochę, dla mnie, za duża czcionka, przez co książka rozwlekła się na 208 stron, a mogła być krótsza. Zdecydowanie myląca okładka - jeśli Angel ma być główną bohaterką (tytułową już jest), to spodziewalibyśmy się jej na okładce, natomiast dziewczyna z okładki nijak się ma do książkowego Aniołka. Na minus - dużo angielskich wtrąceń, które chociaż dla mnie zrozumiałe, dla niektórych mogłyby stanowić problem. Ale generalnie, wydanie in plus.

Ocena: 4/6

środa, 19 stycznia 2011
"Walizka Hany. Historia prawdziwa"

Autor: Karen Levine
język oryginału: angielski
Tytuł oryginału: Hana's suitcase
Cykl: ------
Seria wydaw.: ----
Tłumaczenie: Renata Kopczewska
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2005
Ilość stron: 124


Kiedy interesuje nas jakiś temat chcemy wiedzieć jak najwięcej, jak najszybciej. Sięgamy po filmy, książki, surfujemy po internecie. Interesują mnie czasy drugiej wojny światowej, zwłaszcza Holocaust, dlatego sięgam po książki z tej tematyki. Do tej pory czytałam głównie o Oświęcimiu, teraz po raz pierwszy czytałam o Terezinie.

Fumiko Ishioka pracowała w Tokijskim Centrum Holocaustu. W tym muzeum Fumiko przewodniczyła małej grupie dzieci, które chciały dowiedzieć się więcej. Pewnego dnia do muzeum trafiła walizka, przez środek której biegnie imię i nazwisko dziewczynki: Hanna Brady, z dopiskiem "sierota". Fumiko z dziećmi z kółka, a zwłaszcza dzieci, bardzo chciały się czegoś więcej dowiedzieć o Hanie. I tak zaczęło się dociekanie: kim była dziewcznyka, skąd pochodziła, jak trafiła do obozu? Zainspirowana walizką i zmotywowana pędem dzieci do poznania historii dziewczynki, Fumiko rozpoczęła poszukiwanie prawdy. Musiała w tym celu skontaktować się z wieloma muzeami, z wieloma ludźmi, którzy nie zawsze mogli, nie zawsze chcieli pomóc. I tak udało się jej odkryć kim była pochodząca z Czech Hana, jak trafiła do Terezina, co się stało z jej bratem.

Historia toczy się dwutorowo - raz czytamy o współcześnie działającej Fumiko, raz o tym co wydarzyło się w latach wojny. Książka opatrzona jest wieloma zdjęciami, czy to japońskiej grupy, czy Hany i jej rodziny. Oczywiście, tytułowa walizka też się pojawia, jakżeby inaczej.
Książka napisana sprawnie, szacun dla wydawnictwa za uniknięcie błędów. Jednak czytało mi się to ciężko. I to nie ze względu na tematykę, która zazwyczaj porusza mnie i wyciska ze mnie łzy. Czytało się ciężko, bo narracja wydaje się być skierowana do amerykańskich nastolatków, którzy nie bardzo ogarniają kim był Hitler i o co mu chodziło. Tłumaczenie o co chodziło z faszyzmem prawie przekonało mnie do odłożenia książki na bok. Nie ukrywajmy, już od dawna nie jestem nastolatką, a Amerykanką to już w ogóle! Ten sposób narracji w ogóle nie pozwolił mi się wczuć, a co z tego wynika - książka w ogóle mnie nie poruszyła.
Ogólnie niezłe, do przeczytania jeśli przeczyta się już wszystko na ten temat, chce się więcej a nic innego nie ma pod ręką.

hana

Ocena: 4 (nieco naciągnięta)



Popieram Internet Bez Chamstwa Lubię czytać