Kategorie: Wszystkie | Film i TV | Literatura | Misc | Moje wyzwania | Muzyka | Życie
RSS
wtorek, 19 października 2010
"We are born" Sia

Jest pewnien gatunek muzyczny, który ostatnimi czasy sobie ukochałam. Nie ma na to jednego określenia, więc na własne potrzeby stworzyłam termin electro indie. W takim klimacie utrzymana jest płyta, której nie mogę się ostatnio nasłuchać [co prawda wikipedia określa to jako dance-pop, ale wiadomo jak to z wiki jest ;-)].

sia

Australijska piosenkarka Sia Furler w czerwcu 2010 wydała swój czwarty studyjny album We are born. Jest to album dosyć znacząco różniący się od jej poprzednich dokonań. Nie zrozumcie mnie źle, ja Się lubię bardzo, ale wcześniej kojarzyła mi się z strasznie dołującymi piosenkami zaśpiewanymi w ten jej specyficzny sposób.
We are born przesłuchałam po raz pierwszy zaraz po ukazaniu się albumu. I kompletnie mnie to nie ruszyło. Może miałam wtedy jakiś dziwny nastrój, dół czy cuś. Zapomniałam o płycie i dopiero w zeszłym tygodniu jakoś mnie ruszyło.

sia2

Zaczęło się od tego, że na przerwie w pracy nuciłam pod nosem jakąś melodię, której nie umiałam przypiąć do niczego. Pamiętałam, że to chyba Sia i coś z jej ostatniego albumu. Zapodałam sobie więc We are born - po kilku dniach dopiero - i okazało się, że to jest TO!* Teraz jest czas na takie fajne electro utworki, do których chce się tańczyć, śpiewać, szaleć. Od nieco ponad tygodnia Sia rządzi na moim mp3 plejerze. I jeszcze trochę porządzi.

we are born

* Namiętnie podśpiewywaną piosenką była i jest "Bring Night".


wtorek, 13 lipca 2010
"Lungs" Florence + the Machine


Kilka miesięcy temu przy okazji informacji na temat rozdania nagród Brit Awards zanotowałam sobie nazwę 'Florence + the Machine'. I kompletnie o tym zapomniałam.

W ciągu ostatnich kilku tygodniu bardzo często słyszałam w radiu pewną piosenkę, która łapała mnie za serce za każdym razem. Nie mogłam ustalić tytułu ani wykonawcy i tylko czatowałam na pojawienie się piosenki w eterze.

Znalazłam notes, w którym zapisałam nazwę zespołu i pokrętnymi drogami weszłam w posiadanie albumu F+tM. Włączyłam płytkę a tutaj niespodziewajka! Piosenka numer 2 to 'moja' piosenka z radia! Fantastycznie!
Od tamtej pory na winampie mam ustawione "Lungs" i nie mogę przestać tego słuchać. Jestem zachwycona!

Nie jestem specjalistką, nie będę więc oceniać linii melodycznych, doboru instrumentów itd. Pozwolę sobie za to ocenić wokalistkę - głos Florence Welsh przyprawia mnie o gęsią skórkę - w pozytywnym znaczeniu. Teksty bardzo dobre :). Do ulubionych utworów zaliczam: "Kiss with a fist", "Girl with one eye", "Hurricane drunk" i "My boy bulids coffins". Przyznaję się od razu, że z "Dog days are over" i "Rabbit heart" baaaardzo się utożsamiam. Jeśli nie podkreśliłam tego wystarczająco przed chwilą - BAAAAAARDZO się z nimi utożsamiam ;).

Polecam.


Tagi: indie rock
11:16, boopoland , Muzyka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 maja 2010
Eurowizja 2010, czyli trochę zmieniamy styl...
zupa Nie ukrywam, że kiedy słyszę słowo 'Eurowizja' mam przed oczami wizję skąpo odzianych wykonawców ruszających się w niepokojący sposób do piosenek, których wykonanie na osiedlowym festynie byłoby szczytowym osiągnięciem. Co roku mówię sobie, że nie będę takiej chały oglądać i co roku ląduję przed telewizorem, by posłuchać co tym razem mają do zaoferowania europejscy wykonawcy. O Polsce nie wspominam, bo nasi wykonawcy i ich piosenki są tak żenujący, że szkoda na nich miejsca i wysiłku, który muszę włożyć w stukanie po klawiaturze.

55. Konkurs Piosenki Eurowizji 2010 zaskoczył nas i nowym stylem, i starą kaszaną. Przyznaję bez bicia, wcisnęło mnie to w fotel. Na 25 reprezentacji zdarzyło się kilka, które u największego twardziela wywołałyby spazmy. Zwłaszcza Eva Rivas z Armenii ze swoją "Morelową pestką" powaliła mnie na łopatki. Z racji wykształcenia strasznie zwracam uwagę na to jak w języku angielskim śpiewane są piosenki. Uwierzcie, ta była spitolona dokumentnie! Milan Stanković, reprezentant Serbii, wystąpił z potencjalnie dobrą piosenką, której współautorem jest Goran Bregović. Taaak, potencjalnie dobra piosenka, którą wyglądający jak kobieta facet zaśpiewał okropnie. Jessy Matador z Francji zaskoczył piosenką utrzymaną w klimacie eurodance lat 90. Szczerze myślałam, że wszelkie DJe Bobo i tego typu sprawy mamy za sobą. Niestety najwyraźniej nie. Ale ok, zostawmy już tę złą część za nami i zajmijmy się tym co dobre, a było kilku wykonawców, o których napisać muszę. Kilku to niewiele, ale jak na standardy Eurowizji to bardzo dużo.
Zdecydowanie pozytywnie należy ocenić piosenki reprezentacji Cypru (Jon Lilygreen  & The Islanders) i Ukrainy (Alyosha). Całkiem dobrze zaprezentowała się Turcja. Polski komentator Artur Orzech stwierdził, że występ tureckiego zespołu maNga za bardzo przypomina zespół Muse. Hm, jak dla mnie to bardziej Linkin Park to przypominało (chociaż też bez szału). Na koniec zostawiłam sobie mojego osobistego faworyta, na którego nawet pozwoliłam sobie wysłać smsa :). Tom Dice, reprezentant Belgii podbił moje serce w ciągu pierwszych 10 sekund swojego występu. Bardzo lubię takie piosenki - akustyczny pop wpadający w folk, mmmm. W kółko tego dzisiaj słucham na YouTube. Zdecydowanie najlepsza piosenka wieczoru. Lepsza nawet od zwycięskiej "Satellite". Reprezentantka Niemiec Lena wystartowała z dobrą piosenką, zdecydowanie. Jak to powiedział Orzech - piosenka powstała w USA i w zamierzeniu miała klimatem przypominać Duffy. Ja osobiście podobieństwa nie widzę, zwłaszcza, że rozpraszałam się strasznie ruchem scenicznym 19-letniej Niemki. Piosenka dobra, zaśpiewana dobrze, ale ruch sceniczny i zachowanie Leny za kulisami to było jakieś nieporozumienie. Myślałam, że dziewczątko będzie bardziej rozgarnięte, ale jeśli ktoś na pytanie "Jak się czujesz?" odpowiada 2-3 razy pod rząd "Nie wiem", to jest dla mnie stracony. Ale oceniając zwycięską piosenkę a nie piosenkarkę - na wygraną bardziej zasługiwała Belgia, ale z wygraną Niemiec pogodzić się łatwo. =)

Enjoy!

Jon Lilygreen  & The Islanders - Cypr

Alyosha - Ukraina

maNga - Turcja

Tom Dice - Belgia

Lena - Niemcy


Popieram Internet Bez Chamstwa Lubię czytać